Войти
запомнить меня
или

Книги - 297303 Жанры - 263 Авторы - 66370 Серии - 6302 Пользователи - 85536




Z brzuszka pająka sterczała paraboidalna antena nadawcza, a błonka naciągnięta na ażurowych kratownicach nóżek przekształcała światło słoneczne w piętnaście tysięcy megawatów bezpłatnej energii, nieprzerwanym strumieniem mikrofalowego promieniowania płynącej w dół, w paszczę odbiornika energii na Seszelach. Oczywiście to zewnętrzne podobieństwo było bardzo dalekie i, żeby je uchwycić, należało mieć fantazję dawnych astrologów, którzy w Wozie dopatrzyli się sylwetki… Wielkiej Niedźwiedzicy.

Orbitalne elektrownie słoneczne „Arabella” i „Anita” zostały zbudowane w ramach programu Międzynarodowego Roku Krajów Rozwijających się. Te w pełni zautomatyzowane stacje tylko raz na dwa lata wymagały profilaktycznego przeglądu i wymiany zużytych baterii słonecznych, jeśli liczba zniszczonych ogniw przewyższała sześć procent. Na taki właśnie przegląd, piąty w życiu „Arabelli”, przylecieli tu Ganszyn i Julka, bardziej znana w Zarządzie jako „pierwsza naiwna”.

Taki przegląd to prawdziwe wczasy. Dzień pracy wynosi siedemdziesiąt dwie minuty na dobę, bo tyle stacja znajduje się w cieniu Ziemi. Pozostały czas każdy wykorzystuje według własnego uznania. Ganszynowi, któremu już nieraz zdarzało się bywać w strefie wokółziemskiej, w wyniku natchnionych poszukiwań udało się znaleźć własną metodę na skracanie czasu, i tym razem zaczął od tego, że długo męczył komputer astronawigacji pytaniami o orbity najbliższych sputników, chcąc obliczyć moment największego zbliżenia. Wśród satelitów, które przez czas jakiś miały się znajdować w odległości osiągalnej za pomocą maleńkiego dwumiejscowego skutera „Arabelli”, było Obserwatorium — orbitalna filia Obserwatorium Pamirskiego. i już na drugi dzień (czas w strefie wokółziemskiej liczono tak jak na Ziemi) Ganszyn i Julka udali się tam z wizytą.

Obiboki w strefie wokółziemskiej były nie tyle rzadkością, co zjawiskiem wprost unikalnym, i dlatego też nieoczekiwani goście wprawili astronomów w istny popłoch. Ale na orbicie nawet miesięczna wachta to okres niezmiernie długi i każdy przybysz traktowany jest jak członek najbliższej rodziny, tęsknie wyczekiwany. Dlatego też radość gospodarzy nie miała granic, tym bardziej że od ochów i achów Julki topniały ich serca, podczas gdy Ganszyn wraz z dwoma inżynierami z obsługi technicznej rozgrywał w mesie „pulkę”. Ze zdania wypowiedzianego mimochodem Ganszyn dowiedział się, że na „SOS-3”, tuż obok, w odległości jakichś stu kilometrów, jest dowódcą… — kto by pomyślał? — Aszotik Antarian we własnej osobie. Mój ty Boże, Aszotik, siedem lat w jednej ławce, noga złamana na zachodnim zboczu Achanary, a gdy mieli lat dziewiętnaście — spływ tratwą po rzece Urcie… To ci heca: na Ziemi, choć mieszkali w jednym mieście, miesiącami, latami nie znajdowali czasu na spotkanie, a wystarczyło znaleźć się na orbicie — zachodź, drogi sąsiedzie, w gości. Tak właśnie powiedział nazajutrz Aszot, gdy Ganszyn rozmawiał z nim przez radio.

Za kwadrans szósta czasu środkowoeuropejskiego Ganszyn dosiadł skutera i na wszelki wypadek przywiązawszy Julkę krótką linką poprowadził go, kierując się wskazówkami astronawigacyjnego komputera, w to miejsce, gdzie za piętnaście minut powinien był znaleźć się „SOS-3”.

Według wszelkich prawideł orbitalnej gościnności w śluzie przywitał ich Aszot i powiódł do swej kabiny. Jednakże dwaj młodzieńcy natychmiast porwali Julkę i zaczęli jej pokazywać wszystko, gdzie tylko mogła wsunąć swój zadarty nosek. Już taki miała talent — gdyby tylko zechciała, zdjęliby płaszcz ochronny z reaktora, żeby pokazać, co jest wewnątrz…

Ganszyn tymczasem siedział w ciasnej kabinie, którą Aszot dzielił ze swym zastępcą, doktorem Jansenem z Centrum Doświadczalnego NASA im. Amesa. Na ekranie, zastępującym tutaj iluminator, kłębiła się w koordynacyjnej siatce Ziemia, to jest oczywiście nie cała Ziemia, lecz kawałek południowego Atlantyku zakryty grubą warstwą obłoków. Obraz był znacznie powiększony, co zresztą wcale nie zdziwiło Canszyna: „SOS-3”, jak i dwa pozostałe sputniki Służby Ochrony Środowiska ONZ, zajmował się obserwacją powierzchni Ziemi. Pojawienie się orbitalnych stacji słonecznych, które emitując strumienie mikrofalowego promieniowania, znacznie utrudniły astronawigację, zmusiło do podwyższenia orbit załogowych sputników prawie do poziomu satelitów stacjonarnych i dlatego obserwacje przeprowadzano nie tyle wizualnie, co za pomocą przyrządów. W dodatku niższe warstwy były bardzo zaśmiecone starymi sputnikami, które już odsłużyły swoje, rakietami nośnymi i ich częściami, które obecnie patrole niedawno utworzonej Służby Oczyszczania, zwane powszechnie śmieciarzami, ściągały do punktów Lagrange’a, pierwszych w historii pozaziemskich śmietników.

Ganszyn z Aszotem przegadali z półtorej godziny, aż w drzwiach ukazała się czyjaś kłapoucha głowa i obwieściła: „Panowie, kolacja podana!” Popłynęli do salonu, jak zwano tu mesę, gdzie stał już nakryty stół, przy którym zebrali się wszyscy członkowie załogi wolni od wachty. W centrum uwagi — no bo jakże inaczej? — znajdowała się Julka, spoglądająca na wszystkich z trzepotem rzęs. Ganszynowi zrobiło się nieco markotnie, bo na niego nigdy tak nie patrzyła.

Aszot przedstawił wszystkich Ganszynowi. Właścicielem kłapouchej głowy okazał się starszy operator zespołu EREP, doktor Ryszard Wilk z poznańskiego instytutu ekologii, a ten chudy dryblas siedzący dostojnie przy stole to ni mniej, ni więcej tylko sir Robert Charles Randall, siedemnasty hrabia Crowford, earl Southbridge. Rżał ze śmiechu, gdy Aszot z kamienną fizjonomią wymieniał jego ciężkostrawną tytulaturę. Zresztą ów sir i earl, do którego na co dzień zwracano się w znacznie banalniejszej formie „doktor Randall”, okazał się człowiekiem towarzyskim i całkiem do rzeczy.

O trzecim, doktorze Jansenie, Aszot zdążył już coś niecoś opowiedzieć. W Służbie Ochrony Środowiska był on postacią legendarną. Jorge Jansen, pół Hiszpan, pół Duńczyk, obywatel amerykański, ukończył Uniwersytet Columbia, otrzymał stypendium państwowe i odbył trzyletni staż u Mrniawczewicza w Dubrowniku. Potem ściągnięto go do Centrum im. Amesa, skąd został oddelegowany do Służby Ochrony Środowiska ONZ. Przez pierwsze dwa lata pracował jak wszyscy, trzy razy odbywał miesięczne wachty na sputnikach — był to właśnie Międzynarodowy Rok Ochrony Środowiska. A potem zaczęły się dziać dziwne rzeczy. W jaki sposób Jansen tego dopiął, pozostało tajemnicą, którą mógłby wyjaśnić tylko on sam i może jeszcze stary Eberwald. Faktem było, że już od trzech lat Jansen nie wracał na Ziemię, nie licząc krótkich pobytów w celu przeprowadzenia badań lekarskich. W sputnikach Służby, gdzie każdy z członków załogi spędzał w kosmosie nie więcej niż miesiąc, a wielu oczekiwało swojej kolei, byt to istny cud.