Войти
запомнить меня
или

Книги - 297304 Жанры - 263 Авторы - 66370 Серии - 6302 Пользователи - 85516




Ganszynowi Jansen nie przypadł do gustu. W sposobie mówienia, w całej jego powierzchowności, w postawie było coś takiego, że Ganszyn aż się wzdrygał. Dziwił się Antarianowi, który nie tylko mógł współżyć z tym typem, ale nawet traktował go z wyraźnym szacunkiem.

— To znakomity fachowiec, Kola — powiedział Aszot. — Znakomity. No a charakter… Nikt u nas tutaj nie jest aniołem. Ostatecznie nie bez powodu mnie, psychologa, zatrudniono w Służbie. No i jakoś współżyjemy ze sobą. i możesz wierzyć, że jest nam tu całkiem nieźle.

Kłótnia wybuchła całkiem niespodzianie i Ganszyn, zajęty rozmową z Aszotem i degustacją sałatki z krabów (naturalnych, nie syntetycznych), nawet nie zorientował się, o co chodzi. Słyszał co prawda mimochodem, jak Julka wyciągała jakieś informacje od doktora Wilka, którego nazywała już po prostu Ryśkiem. Wilk, spragniony damskiego towarzystwa i zachwycony Julką, która tak interesowała się ich pracą, opowiadał jej o „łysieniu autostrad”, bo właśnie zajmował się obserwacją tego zjawiska. A Julka, spryciara, wytrzeszczała oczy, cała zamieniona w słuch, nawet odrobinę wysunęła język, jak uczennica pochłonięta ściąganiem.

Właśnie wówczas Jansen wtrącił się do rozmowy, i to od razu podniesionym głosem, jakby kontynuował dawny spór.

No i co z tego? Po co te jęki? On, Jansen, zupełnie nie pojmuje, czym się tu podniecać. No, owszem, autostrady łysieją. Las ginie… i co z tego? To rzecz naturalna. Od pierwszej chwili, gdy człowiek stał się człowiekiem, zaczął tworzyć wokół siebie nowe środowisko, i od tejże chwili przyroda skazana była na zagładę. Jest to podyktowane prawami rozwoju naszej cywilizacji, tak samo obiektywnymi jak prawa Newtona. Bo nasza cywilizacja jest cywilizacją techniczną.

Agonia przyrody? i co z tego? Przecież na jej miejsce pojawi się inna, która będzie jedynym naturalnym środowiskiem człowieka. Weźmy na przykład sputnik. Gdzie tu przyroda? Nie ma jej. A on, Jansen, żyje tu już trzy lata i jak dotąd nie uskarża się na to.

Julka usiłowała zaprotestować, poparł ją ów sir earl i jeszcze jeden ze świadków rozmowy, którego nazwiska Ganszyn nie zapamiętał. Ale Jansen upierał się przy swoim i trudno było zaprzeczyć logice jego wywodów, chociaż zawziętość, złość, z jaką mówił, mimowolnie budziła niechęć, bo była trudna do wytłumaczenia, jak gdyby ów abstrakcyjny spór poruszył jakieś głęboko osobiste, intymne, bolesne uczucia Jansena.

I kiedy Jansen zaczął podniesionym głosem barwnie opisywać wspaniałą przyszłość ludzkości, liryczną scenkę z życia dwudziestego drugiego wieku, miłosną schadzkę pary odzianej w eleganckie skafandry, leżącej na polietylenowym wzgórzu nad brzegiem tęczowego, naftowego oceanu, Ganszyn poczuł, że dłużej nie może tego słuchać. Zbierało mu się na wymioty. Wstał i razem z Aszotem wrócili do kabiny. Stracił z oczu Julkę, która znów znikła z kimś, żeby zaspokoić swą nienasyconą ciekawość.

Na pokład „Arabelli” wrócili dopiero na pół godziny przed rozpoczęciem swego siedemdziesięciominutowego dnia roboczego.

Przez następne trzy doby musieli jednak poważnie przyłożyć się do pracy, bo oprócz wymiany uszkodzonych ogniw baterii słonecznych — kwadratowych, dziesięć na dziesięć metrów, płócien pokrytych arsenkiem galu — trzeba było jeszcze przygotować stację do kolejnego przeglądu. Zmęczyli się niezgorzej, a w dodatku Ganszyn czuł się dotknięty zupełną obojętnością Julki. Właściwie miał to w nosie, ale jego ambicja została nieco urażona.